Hotel Lublin i okolice | Dwór Sanna luksusowy hotel 58km od Lublina - rezerwuj online!

Historia

 „Dwór Sanna w Wierzchowiskach. Krótki rys historyczny”

 „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie” - to stwierdzenie Stanisława Jachowicza idealnie pasuje do losów Dworu Sanna w Wierzchowiskach Drugich, miejsca, w którym przedziwnie splatały się różne wątki dziejów polskich, a które mimo to pozostawało na obrzeżu historii, zapomniane, nieodkryte i nadal nieznane szerszej publiczności. Być może wynikało to z położenia geograficznego miejscowości – u źródeł rzeki Sanny, na malowniczej Wyżynie Lubelskiej – a zatem, w mniemaniu wielu osób, z daleka od wielkiego świata. Warto więc przybliżyć historię tego starego szlacheckiego dworu, najpiękniejsze opowieści z nim związane, momenty chwały, smutne dzieje upadku i ponownego odrodzenia.
 
Najdawniejsze dzieje
 
Badania archeologiczne wykazują, że w okolicach wsi Wierzchowiska ludzie mieszkali od zawsze. Można dodać – nic dziwnego, znając urodzajność ziem uprawnych i czystość źródlanej wody rzeki Sanny. Jak podaje Zenon Łukasz Baranowski „osadnictwo słowiańskie obecne było na terenie wsi od IX w. Podczas badań archeologicznych odkryto tutaj pięć niedużych osad z IX-X wieku. W X wieku zauważalne jest załamanie się osadnictwa. Nieliczne ślady z Wierzchowisk I świadczą o jego kontynuacji w okresie piastowskim (X-XII w.), chociaż trudno do końca orzec czy miało ono trwały charakter1”. 
 
Jedna z pierwszych historycznych wzmianek o wsi Wierzchowiska pada w spisanej przez Jana Długosza w latach 1470-1480 „Liber beneficjorum dioecesis Cracoviensis”, czyli księdze beneficjów, dóbr i przywilejów kościelnych. Od staropolskiego kronikarza możemy się dowiedzieć, że wieś Wierzchowiska (po łacinie: Wyrzchowiska) należała do dóbr parafii Potok. Ale jak to w dawnej Polsce bywało, miejscowość przechodziła z rąk do rąk, będąc kolejno własnością: rodziny Dłotów, Bystramów (od 1457 r.), Osmólskich (od początku XVI w.) i Gorajskich (od końca XVI w.). Zmiana właściciela często odbywała się na zasadzie darowizny bądź wymiany w ramach koligacji rodzinnych. 
 
Jak np. dowiadujemy się ze „Słownika ziem polskich w średniowieczu”, jeden z pierwszych właścicieli wsi, Piotr Dłoto w 1457 roku odstąpił córce Elżbiecie, żonie Mikołaja z Radlina, połowę wsi (w stronę Białej), drugą zaś połowę (w stronę Stróży) zastawił zięciowi za 60 grzywien2. Czy teść zrobił dobry interes? Wydaje się, że nie stracił, gdyż jak podają ówczesne źródła, wykup na własność podobnej ziemi kosztowałby zięcia trzy razy drożej.
 
Kolejne pisane źródło, regestry poborowe powiatu urzędowskiego z roku 1531, mówi nam, że wieś należała wtedy do parafii Słupia, miała 7 łanów (czyli ok. 125 ha) ziemi ornej i jeden młyn. Można zatem z całą pewnością stwierdzić, że Wierzchowiska przynosiły znaczny dochód swoim właścicielom, przy oczywistym zastrzeżeniu, że obowiązywał wtedy system feudalny, mieszkańcy wsi byli chłopami pańszczyźnianymi, a metodą uprawy roli była trójpolówka. 
 
Wierzchowisk nie ominął również rozwój reformacji na ziemiach polskich. W Lubelszczyźnie, co warto przypomnieć, najpopularniejszym wyznaniem był kalwinizm. Współczesnym czytelnikom interesujący wydać się może sposób przeprowadzania konwersji religijnej włościan przez szlachtę w tamtych czasach. Otóż dziedzic wsi często wypędzał księży z kościoła, przejmował ich majątki, a w świątyni urządzał zbór protestancki. Z dnia na dzień zdumieni włościanie zmieniali zatem religię, nie mając zresztą zbytniego wyboru. Tak też zapewne stało się i w Wierzchowiskach, wiemy, że przed rokiem 1560 we wsi powstał zbór kalwiński, który pełnił swoją funkcję do połowy XVII wieku. Jak podaje „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich”, w roku 1602 ministrem owego zboru był Jan Radziszowski. 
 
Dogodne położenie geograficzne sprawiało, że wieś mogła rozwijać się bez przeszkód. „W 1626 roku wieś była doskonale zagospodarowana, oprócz chłopów mieszkało w niej dwunastu rzemieślników (kowali, szewców, rzeźników, itp.)3” - pisze Baranowski. Losy wsi były zatem ściśle związane z losami Rzeczpospolitej. Kończył się srebrny wiek, zaczynały niszczące dla kraju wojny. Miejscowość poniosła pewne straty podczas XVII-wiecznych najazdów, zmieniła też właściciela, przechodząc w ręce rodziny Nahoreckich. Kroniki podają, że w tym czasie (tj. w I poł. XVII wieku) w Wierzchowiskach istniał dwór murowany (ponoć w fatalnym stanie), zabudowania dworskie, karczma, młyn, pasieka, stawy rybne i ogród włoski. Wspomniany już „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego” głosi, że właściciel wsi w roku 1676, mości pan Tomasz Innocenty Zaporski, skarbnik lubelski, płacił pogłówne od 167 poddanych, 16 dworskich i 2 z rodziny.
 
Początki dworu
 
Trudno jest wyznaczyć dokładną datę powstania dworu w Wierzchowiskach. Okoliczni mieszkańcy twierdzą, że pałac (tak bowiem nazywają ten budynek) istniał zawsze. Oczywiście „zawsze” to raczej zbyt obszerna kategoria, niemniej można przyjąć, że od czasów, kiedy w miejscowości mieszkały rodziny szlacheckie, można też mówić o istnieniu dworu w tej, czy innej postaci. Na początku zapewne był to dwór drewniany, ten budulec w dawnej Rzeczpospolitej bowiem był najpopularniejszy, najłatwiej dostępny, i co za tym szło - najtańszy. Z czasem zapewne budynek przeistoczył się w murowany, wraz z bogaceniem się jego właścicieli. Upadek Rzeczpospolitej przedziwnie zbiegł się z upadkiem dworu. Na początku XIX wieku pożar strawił bowiem większość dworskich zabudowań. 
 
I jak to w historii bywa, coś się kończyło, a coś zaczynało. Wierzchowiska po raz kolejny zmieniły bowiem właściciela, w wyniku podziału dóbr modliborskich między rodziną Dolińskich a Wiercieńskich. Stało się to w 1808 roku. Wiercieńscy byli sukcesorami Nahoreckich, i to im przypadła w udziale miejscowość wraz z dobrodziejstwem inwentarza. Jak mogła wyglądać wtedy wieś? „Słownik geograficzny Królestwa Polskiego” odnotowuje, że w roku 1827 w Wierzchowiskach były 104 domy, w których zamieszkiwało 416 mieszkańców. Dla porównania w roku 1886 w 86 domach mieszkało już 735 osób. Wierzchowiska przed powstaniem listopadowym nie były zatem miejscowością zbyt ludną, co być może wynikało z nie tak odległych wojen napoleońskich. Oczywiście jak to w przypadku wsi nad Sanną bywało, jej właściciele nie cieszyli się z jej posiadania zbyt długo, bowiem około roku 1840 sprzedali ją Kochanowskim (potomkom jednego z braci wielkiego poety z Czarnolasu). Na lata 1830-1840 datuje się również odbudowę dworu, który jakiś czas później przypadł w udziale rodzinie Bogdańskich. 
 
Powstanie styczniowe
 
Nie minęło kilkanaście lat, a do dworu znowu zapukała historia przez duże H. W roku 1863 wybuchło bowiem powstanie styczniowe, w którym Lubelszczyzna i Ziemia Janowska odgrywały rolę znaczącą. Region ten, leżący na granicy Królestwa Polskiego i zaboru austriackiego, był miejscem strategicznym dla obu stron. Tędy przebiegały powstańcze szlaki przerzutu broni i ochotników do powstania. Tu stacjonowało wiele pułków rosyjskich, pragnących udaremnić te plany. W okolicznych lasach ukrywali się także powstańcy. Do dzisiaj zachowały się w tradycji miejsca związane z tym heroicznym okresem. Do nich należą nazwy pobojowisk, stare kapliczki, samotne krzyże i groby uświęcone krwią bohaterów. Warto może przybliżyć w tym miejscu kilka z tychże historii. 18 lipca 1863 roku, w bitwie pod Polichną, oddziały powstańcze dokonały zasadzki na wojska rosyjskie wracające w Lublina do Janowa, zadając im poważne straty. Powstańców było ok. 350, mimo to udało im się rozerwać maszerującą kolumnę wojska i odnieść wymierny sukces. Niestety nie był on pełny, m.in. dlatego, że powstańców wywęszyły kozackie psy, które ostrzegły idącą z tyłu carską piechotę. Tym niemniej, mimo dużych strat (powstańcy: 14 zabitych i 29 rannych), udało się zrealizować cele taktyczne i wycofać w rejon Blinowa. 
Inną znaną potyczką tamtych czasów była bitwa na Sowiej Górze, w okolicach Batorza, stoczona 6 września 1863 roku, w której wojskami polskimi dowodził Marcin „Lelewel” Borelowski. Po  bitwie pod Panasówką, powstańcy nie mogli uwolnić się od ścigających ich sił rosyjskich. W niedzielę rano, po 3 dniach forsownych marszów, oddział pułkownika Borelowskiego zatrzymał się we wsi Otrocz. Powstańcy wzmocnieni oddziałem Kajetana Cieszkowskiego „Ćwieka” liczyli blisko 750 ludzi. Część oddziału uczestniczyła w nabożeństwie w miejscowym kościele, reszta zażywała odpoczynku. Nagle jeden z patroli oddał strzał alarmowy. Pojawienie się oddziałów kozackich świadczyło o tym, że powstańcy zostali namierzeni. Na oddział uderzyli Kozacy pod dowództwem pułkownika Jałoszyna, zmuszając Polaków do wycofania się w kierunku Batorza. Narada sztabowa wojsk powstańczych zdecydowała się na podjęcie walki, mimo protestów Lelewela.  Planowano wykorzystać dogodne ukształtowanie terenu - zwłaszcza wąwozy w pobliskim lesie, w których można było zaskoczyć Rosjan. Niestety plany te zakończyły się klęską. Część rosyjskich oddziałów obeszła pozycje powstańcze i zaatakowała lewe skrzydło. Płk Borelowski, chcąc uprzedzić Rosjan, wskoczył na konia i zebrawszy część ludzi, próbował przeformować swoje jednostki do ataku. Nie udało mu się to jednak i zginął na polu bitwy, postrzelony w nogę i brzuch. Próbujący ratować sytuację szef sztabu, major Wallisch również poniósł śmierć, co doprowadziło do utraty woli walki. W bitwie pod Batorzem zginęło 32 powstańców, rannych zostało 47, zaś kilkudziesięciu wzięto do niewoli4. 
Tuż po bitwie część rozbitego rozdziału przeprowadziła odwrót na teren Wierzchowisk, gdzie kilku  rannych powstańców zmarło. Pogrzebano ich pod rosnącym na skraju lasu dębem, z którego po obcięciu konarów zrobiono żywy krzyż. W 1914 roku, podczas zawirowań pierwszej wojny światowej, krzyż ten został ścięty przez Węgrów (czyli Honwedów), ale mieszkańcy wsi postawili go ponownie. W roku 1937 natomiast krzyż został poświęcony przez ks. Władysława Golińskiego i przeniesiony do dworskiego parku. Upamiętnia to następujący napis, umieszczony na przymocowanej do niego metalowej tablicy: Krzyż ten wykonany przez powstańców 1863 z pnia dębowego na polach dóbr Wierzchowiska ścięty przez Honwedów w 1914 r. przeniesiony tu za Mariana Świdy poświęcony przez ks. Wł. Golińskiego w obecności Marii Świdowej oraz jej dzieci i wnuków dn. 2. VIII 1937.
Z bitwą pod Batorzem wiąże się jeszcze jedno zdarzenie bezpośrednio dotyczące Wierzchowisk. Oddział Lelewela przed feralną potyczką miał na swoim koncie kilka sukcesów, w tym m.in. zdobycie kasy rządowej w Łukowie. W rękach powstańczych znajdowała się zatem znaczna suma pieniędzy. Niestety jednak polscy bojownicy padli ofiarą zdrady. Pieniądze zdeponowali bowiem u żydowskiego karczmarza, Jana Michelisa, który chcąc przywłaszczyć je dla siebie, wydał (i tu przekazy są sprzeczne, jedne twierdzą, że stało się to przed bitwą, inne, że tuż po niej) Kozakom powstańczą kryjówkę czy w innej wersji - miejsce postoju oddziału. Los powstańców stał się zatem przesądzony, a karczmarz stał się posiadaczem znacznej fortuny. Po powstaniu za owe pieniądze nabył m.in. dwór i folwark w Wierzchowiskach, jak również sfinansował budowę hotelu Europa w Lublinie. I choć Michelis inwestował w swoje posiadłości, o czym świadczy choćby budowa browaru w Wierzchowiskach w 1876 roku, produkującego „dobre piwo bawarskie5”, jego wcześniejsza postawa nie mogła być jednak przez ówczesne społeczeństwo postrzegana przychylnie, o czym świadczył bojkot towarzyski, którym objęto Michelisa za życia, jak i po śmierci (w jego pogrzebie uczestniczyła tylko rodzina). Michelis żył 80 lat, zmarł w 1902 roku, ale tuż przed śmiercią sprzedał dwór w Wierzchowiskach wraz z folwarkiem Gustawowi Świdzie i jego żonie, Marii z Przewłockich. Rozpoczęła się nowa historia.
 
Era Świdów   
 
Rodzina Świdów zapisała się w historii Wierzchowisk i dworu złotymi zgłoskami. Czym mogli się kierować, kupując za 4 tysiące rubli niszczejący dwór, wymagający remontu i znacznych inwestycji? Czy kierowała nimi tylko chęć ustatkowania się, gospodarowania na swoim? Wszak przybyli oboje z Głodna nad Wisłą, gdzie Gustaw był administratorem tamtejszego majątku. Bieg czasu pokazał jasno jednak, że było w tym coś jeszcze, że oboje zaliczali się do pokolenia pozytywistów, społeczników pragnących poprzez swoją pracę u podstaw podnosić poziom ludu, a co za tym szło – wpływać korzystnie na rozwój gospodarczy i kulturalny ziem polskich. To Świdowie bowiem założyli przy dworze szkółkę dla dzieci ze służby folwarcznej po 1900 r., a by uzyskać środki na rozbudowę dworu, dokonano trzykrotnych parcelacji ziem, w wyniku czego powstało kilka kolonii, m.in. Zamłynie i Ostrogi. W pamięci ludu zachował się również zwyczaj organizowania majówek dla całej wsi przez Marię Świdową. Był to dopiero początek współpracy.
 
 
Po śmierci Gustawa Świdy w 1911 roku, zarządzanie majątkiem spadło na wdowę, Marię i ich syna, Gustawa Konstantego Świdę, który w momencie śmierci ojca miał 26 lat. Młody dziedzic był jednak świetnie przygotowany do zajmowania się interesami dworu i okolicznych dóbr, gdyż ukończył szkołę rolniczą. Zaowocowało to m.in. wprowadzeniem nowych gatunków roślin uprawnych. Dzięki zastosowaniu nowych technik gospodarskich mogła się dokonać modernizacja całej okolicy. Do anegdoty przeszła historia o chłopskich dzieciach, podkradających truskawki z dworskich pól. Słysząc o nagminnie powtarzającym się procederze, dziedzic podarował chłopom sadzonki truskawek, by nadzorca dóbr zaznał nieco spokoju, a i dzieci mogły jeść słodkie owoce u siebie. Innymi chwalebnymi działaniami podjętymi jeszcze przez I wojną światową było założenie straży ogniowej w 1912 roku i szkoły powszechnej w 1916 r. Gustaw Świda junior we wspomnieniach mieszkańców dał się zapamiętać również jako człowiek lubiący korzystać z uciech życia. Wiemy, że dziedzic szczególnie upodobał sobie bale w Warszawie, a miejscem, w którym zawsze nocował, był Hotel Bristol na Krakowskim Przedmieściu. Ponoć w czasie swoich pobytów w Warszawie Świda wyznawał zasadę „zastaw się, a postaw się”, co jednak przyniosło wymierny efekt, gdyż poznał tam swoją przyszłą żonę, Zofię ze Skibińskich, córkę bogatego przemysłowca. Jak zdołał ją przekonać do zmiany miejsca zamieszkania, z tętniącej życiem Warszawy do spokojnej wsi na Roztoczu? Pewnie sobie tylko znanymi sposobami. Tak czy owak w 1912 roku panna Skibińska stała się panią Świdową, a wniesiony przez nią posag pozwolił na dokończenie planów modernizacji dworu.
 
Szczęśliwie młodej parze udało się przetrwać zawirowania pierwszej wojny światowej, podczas której (a konkretnie w 1915 r.) urodził im się syn, ostatni dziedzic dworu, Marian Świda. Czas wojny nieco przeszkodził ambitnym planom małżonków, jednak najgorsze miało dopiero nadejść. W 1919 roku Gustaw wyruszył bowiem na wojnę polsko-bolszewicką, przed wyjazdem ślubując, że jeśli wróci cały i zdrowy, postawi we wsi kościół (w owym czasie najbliższa świątynia znajdowała się bowiem w Modliborzycach). Razem z dziedzicem bić się za ojczyznę udał się także jego stangret, Andrzej Czajczyk. Był to wybór trafny dla obu, gdyż podczas walk pod Hrubieszowem, ten oto człowiek uratował dziedzicowi życie, wyciągając z bolszewickiej nawały, co zresztą przypłacił raną. Wdzięczny Świda podarował mu za to kamienicę, w której do dziś mieszkają potomkowie dawnego bohaterskiego ordynansa. Po powrocie z wojny zapragnął zrealizować również swoją wcześniejszą obietnicę, jednak... spotkał się z oporem miejscowej ludności, która zamiast kościoła wolała wybudować szkołę. Tym niemniej dziedzic dopiął swego i drewniany kościół pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy, wybudowany w stylu zakopiańskim, stanął w Wierzchowiskach w roku 1922. W latach 1920-22 przebudowano również sam dwór, nadając mu wygląd, jaki ma do dziś. Staraniem dziedziczki dokonano zmian w topografii parku, m.in. tworząc aleję grabową, sadząc żywopłoty i mnóstwo różnobarwnych kwiatów.
 
Lata międzywojenne były czasem wszechstronnego rozwoju miejscowości, która w roku 1921 liczyła 1551 mieszkańców, zamieszkujących w 223 domach. Jak twierdzi Baranowski „mieszkańcy przejawiali dużą aktywność na polu społecznym, tworząc straż pożarną, kasę Stefczyka, kółko rolnicze, spółdzielnię „Przyszłość”. Działały: Koło Gospodyń Wiejskich, Koło Młodzieży Wiejskiej „Siew”, Koło Młodzieży Polskiej, orkiestra dęta, drużyna strzelecka, Stowarzyszenie Młodzieży Katolickiej. Pomnikiem uczczono poległych za ojczyznę, krzyżem żelaznym Józefa Piłsudskiego6”. Z Naczelnikiem Państwa Polskiego wiąże się zresztą osobna historia. 
 
Najsłynniejszy ułan II Rzeczpospolitej, Władysław Belina-Prażmowski, wymógł kiedyś na swoim przyjacielu, Józefie Piłsudskim, obietnicę, że ten zostanie ojcem chrzestnym jego syna. Marszałek zgodził się, ale czas, w którym potomek Beliny przyszedł na świat (czyli rok 1917), niezbyt był sprzyjający na przyjacielskie wizyty. Trzeba było odwlec całą ceremonię aż do roku 1923, a  Piłsudski został ostatecznie ojcem chrzestnym dwojga dzieci „pierwszego ułana Rzeczpospolitej”. Ale cóż ta historia ma wspólnego z Wierzchowiskami? Otóż jadąc z Warszawy Marszałek mógł dojechać koleją tylko do stacji Szastarka. Tam czekała na niego kareta zaprzężona w cztery białe konie, którą powoził Andrzej Czajczyk, znany nam bohaterski ordynans. Tylko Gustaw Świda dysponował bowiem takim pojazdem w okolicy. To on również przywitał na moście w Wierzchowiskach Marszałka (i jego orszak, w którym znajdował się m.in. generał Sosnkowski) chlebem i solą, wedle staropolskiego zwyczaju. Czy Piłsudski zawitał również do samego dworu? Prawdopodobnie nie, choć są głosy, że wstąpił tam na kilka chwil. Śpieszyło mu się w końcu, gdyż słowa danemu przyjacielowi i druhowi broni nie można było złamać. I nie złamał. Przyjechał do Godziszowa, przywiózł chrześniakowi dzieła Adama Mickiewicza z dedykacją „aby choć parę razy w swym życiu wspomniał o swym Ojcu Chrzestnym, co z ojcem jego na boje chadzał i Polskę dla dzieci budował”.
 
Rok 1927 przyniósł inne wydarzenie ważne dla Wierzchowisk. Doszło wtedy bowiem do rozstania Gustawa i Zofii. Na zboczu zalesionego wzgórza nazywanego zagajnikiem, przy źródłach Sanny, w leśnej polanie, odbyła się ostatnia rozmowa małżonków przed rozstaniem. Co mogli mówić? Że nigdy nie zapomną? Że nie mogą być już razem, choćby tego chcieli? Że ktoś jest winny, a ktoś nie? A może po prostu padły słowa: „tak musiało być” i nikt już nie zaprzeczył. Kto wie? Nie da się już odtworzyć tej historii. Pozostaje piękna i romantyczna opowieść o miłości i przemijaniu, kruchości tego, co miało być wieczne i bezpowrotnym mijaniu się ludzi w wędrówce zwanej życiem. Miejsce ostatniej rozmowy małżonków upamiętnia też kapliczka z figurą Matki Boskiej. Co ciekawe, w plecach statuy umieszczono skrytkę, gdzie złożono obrączki ślubne obojga, które mieli wyjąć w przypadku zmiany decyzji. Pozostałyby może one tam do dziś, gdyby nie syn obojga, ostatni dziedzic, Marian Świda, który odkrywszy list od matki, tuż przed wyjazdem do Ameryki, rozbił ową skrytkę i zabrał pierścionki ze sobą. Wieść gminna głosi, że odkrył on też zakopane w ogrodzie srebra, ukryte tam na czas wojny i ukrywane najpierw przed Niemcami, potem komunistami. Kto jednak wie, jak było naprawdę?
 
Po rozwodzie Gustawa i Marii cały majątek został sprzedany panom: Mazurkiewiczowi i Daltrozzo, by Świda mógł spłacić byłej żonie wkład wniesiony przez nią do małżeństwa. Losy obu małżonków ułożyły się różnie. Zofia wróciła do Warszawy, gdzie w roku 1939 wyszła ponownie za mąż, tym razem za Stefana Ossowieckiego, słynnego polskiego jasnowidza okresu międzywojennego, wcześniej – skromnego inżyniera, u którego zdolności paranormalne pojawiły się niemal z dnia na dzień i który przepowiadał przyszłość m.in. Marszałkowi Piłsudskiemu. Ossowiecki zginął podczas Powstania Warszawskiego, zamordowany przez Niemców na Al. Szucha. Jak wspomina Eugeniusz Szermentowski „Mówił do żony, że będą się działy rzeczy straszne. A mimo to nie chciał Warszawy opuścić7”. Jak dowiadujemy się ze wspomnień pani Zofii, Ossowiecki podczas wojny pomógł wielu ludziom, dzięki swoim zdolnościom powiadamiając ich o losie ich bliskich. Pani Zofia długo nie wiedziała o losie swego drugiego męża, do końca łudziła się, że udało mu się uniknąć śmierci. Po wojnie komuniści wywłaszczyli ją z majątku, wiodła potem skromne życie, ponoć pracując w kiosku Ruchu. Zmarła w roku 1970 w Warszawie. Pochowano ją na Powązkach.
 
Gustaw Świda natomiast osiadł na stałe w Zwierzyńcu, gdzie wkrótce po rozwodzie ożenił się po raz drugi, z Zofią Weychert. Wydawałoby się, że Świda może ułożyć sobie życie na nowo, jego nowa żona urodziła mu bowiem dwójkę dzieci, Helenę i Gustawa juniora, jednak szczęście małżonków nie trwało długo. Niestety przy porodzie drugiego dziecka Zofia zmarła. Stało się to w 1929 roku. Niestety nie był to koniec nieszczęść. Tuż przed wojną, w roku 1939, młody Gucio również dołączył do grona aniołków. Jak wielki musiał być ból ojca, tracącego w krótkim czasie najważniejsze dla niego osoby...
 
 
Wróćmy jednak na chwilę do losów dworu. Niestety nowi właściciele nie potrafili dobrze zarządzać swoim majątkiem, zwłaszcza w dobie kryzysu gospodarczego, w jakim była pogrążona Europa. W roku 1937 dwór wystawiono na licytację i znów przeszedł on w ręce dawnych właścicieli. Dobytkiem miał tym razem jednak zarządzać Marian Świda, syn Gustawa z pierwszego małżeństwa. 
 
Nadszedł jednak najgorszy czas dla Polski – druga wojna światowa i okupacja niemiecka. Okropności wojenne nie ominęły również Wierzchowisk. W 1940 roku osadzono we wsi wysiedleńców z Wielkopolski. W tym samym roku powstał obóz pracy przymusowej dla Żydów na Kamiennej Górze, który szybko stał się obozem karnym dla chłopów. Funkcjonował dwa lata, przebywało w nim ok. 300 osób. W roku 1942 Niemcy przeprowadzili szereg obław, dokonując egzekucji, aresztowań i wywózek. Obrazu zniszczenia dopełnia funkcjonowanie w czasie wojny (i po wojnie, według Józefa Wieleby – aż do 1949 roku8) bandy Stanisława Kiełbasy „Dziadka” w pobliskiej wsi Pilatka i okolicach, dokonującej kradzieży, rozbojów i morderstw, nie tylko na Polakach, lecz cudem ocalałych Żydach, których nierzadko po ograbieniu mordowali. 
 
Dziedzic często starał się pomagać mieszkańcom wsi, dzięki dobrej znajomości języka niemieckiego udało mu się uratować kilkanaście osób od śmierci bądź wywózki. Mimo to po wojnie nagradzane były nie czyny, lecz słuszność ideowa i dekretem PKWN w 1944 roku dokonano parcelacji majątku Świdów. Po wkroczeniu Armii Czerwonej na ziemie polskiej Gustaw i Marian Świdowie musieli ukrywać się w Janowie Lubelskim, obawiając się NKWD, zabijającej na miejscu „obszarników” i burżujów.  
 
Dawny, ziemiański świat odchodził bezpowrotnie w przeszłość. Po wojnie Gustaw Świda był pracownikiem biblioteki uniwersyteckiej przy Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Daty śmierci połączyły dawnych współmałżonków. Choć wiedzieli o sobie, ich życiowe drogi nigdy się już nie zeszły. Nie da się w końcu dwa razy wejść do tej samej rzeki. Gustaw Świda pochowany został w Lublinie. Zmarł, jak się rzekło, w roku 1970. 
 
Jego syn, Marian, mimo wykształcenia i znajomości języków obcych nie mógł liczyć na zatrudnienie w PRL-owskich instytucjach ze względu na „obszarnicze” pochodzenie, toteż utrzymywał się z różnych dorywczych zajęć, m.in. grania na pianinie w warszawskich kawiarniach. W stolicy poznał także Amerykankę, pracownicę ambasady USA, której oświadczył się i został przyjęty. Po śmierci matki i ojca wyemigrował za wielką wodę, zapewne myśląc o tym, że nigdy już nie wróci. Tak się jednak nie stało. Przeżywszy żonę, która zmarła na raka, i zostawszy całkiem sam, zdecydował się na powrót. Do Polski zawitał w 1995 roku. Bezskutecznie próbował odzyskać choć część zrabowanego mu majątku. Nie udało mu się to. Zmarł w roku 1999 i został pochowany w grobowcu rodzinnym Świdów na cmentarzu w Lublinie.
 
Co się stało natomiast z dworem? Tuż po wojnie urządzono w nim szkołę, potem pełnił funkcję m.in. domu nauczyciela, poczty, klubu rolnika i przedszkola. Kiedy wznoszono nowe budynki dla tych instytucji, natychmiast dwór opuszczano, jakby uciekając od dawnej przeszłości. Budynek stopniowo popadał w ruinę. 
Równolegle jednak we wsi zachodziły zmiany cywilizacyjne. W 1954 przeprowadzono elektryfikację, w 1964 doprowadzono do Wierzchowisk utwardzoną drogę i założono przystanek PKS, w 1967 powstał nowy budynek szkoły, a w 1969 ośrodek zdrowia. Z 50 ha ziem dworskich początkowo utworzono PGR, który jednak z czasem przeobraził się w spółdzielnię produkcyjną. 
 
W roku 1976 dwór został przejęty przez Związek Harcerstwa Polskiego i zaadaptowany na ośrodek szkoleniowo-wypoczynkowy chorągwi tarnobrzeskiej (gdyż Wierzchowiska należały wówczas do tegoż województwa). Dzięki temu budynek został wyremontowany i mógł powrócić do dawnej świetności. Gościła w nim młodzież z 80 krajów, głównie demoludów, ale też państw wolnego świata – m.in. Francji i Portugalii.
 
 
Po przełomie ustrojowym w roku 1989 dwór znów niszczał, zaniedbywany przez kolejnych właścicieli. Wybite szyby, puste wnętrza – budynek przypominał raczej nawiedzone zamczysko niż miejsce, w którym dawniej mieszkali ludzie. Na całe szczęście sytuacja ta się zmieniła. W 2006 roku dwór w Wierzchowiskach zakupili państwo Elżbieta i Dariusz Nizio. Kolejne 2 lata trzeba było czekać na uzyskanie pozwolenia konserwacji i remontu zabytkowego budynku. W roku 2008, po uzyskaniu niezbędnych formalności, niezwłocznie przystąpiono do prac remontowych. Trwały one (wraz z pracami wykończeniowymi) do 2010 roku. Obecnie dwór odzyskał dawną świetność i jako Hotel – Dwór Sanna ma szansę zapisać się w historii na nowo. Jak bowiem pisał Norwid, „przeszłość to jest dziś – tylko cokolwiek dalej”. Do naszych zadań należy w końcu nie tylko dbanie o zabezpieczenie dorobku przeszłych pokoleń, ale też dopisanie na kartach historii własnych – oby dobrych! – rozdziałów. Dwór Sanna, łącząc historię z nowoczesnością, jest bez wątpienia taką właśnie inicjatywą.
 
 
 
 
  

 

Ta strona używa COOKIES.

Korzystając z niej wyrażasz zgodę na wykorzystywanie cookies, zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki.

OK, zamknij